Heute braucht es keine Panzer mehr, um ein Land zu erobern – es reichen Erdöl, Gas und Banken.
Räumt man die bittere und seit einiger Zeit auch honigsüße Rhetorik beiseite, so offenbart sich, dass nicht die Vereinigten Staaten von Amerika der größte strategische Feind Russlands sind, sondern die Volksrepublik China. Sie bedrohte das Sowjetreich und bedroht auch das moderne Russland in allen Bereichen: strategisch, militärisch, politisch, ökonomisch und schließlich auch demographisch. Angesichts der unkontrollierten chinesischen Immigration könnte in einigen Jahren sogar eine Chinesische Amur Republik ausgerufen werden. Die Chinesen können einzig durch die Erlangung und Aufrechterhaltung eines technologischen Vorsprungs von mindestens einer Generation aufgehalten werden. Diesen Vorsprung hat Russland aber nicht und wird ihn in der nächsten Zeit alleine sicherlich nicht erlangen können.
Unterstützung könnte Russland in diesem Bereich einzig in Westeuropa bekommen. Damit aber russische Soldaten die fernöstliche Grenze mit neuesten deutschen und französischen Lasern bewachen können, soll die EU charmant eingewickelt werden, damit sich Europa politisch an Russland annähert, unterwegs die Beziehungen zu den USA lockert und das NATO-Korsett ablegt. Mit anderen Worten: es soll sich nicht Moskau an Brüssel annähern, sondern Brüssel an Moskau.
Elemente dieses Konzeptes werden in der aktuellen russischen Politik überaus deutlich. Heute braucht es keine Panzer mehr, um ein Land zu erobern – es reichen Erdöl, Gas und Banken. In all diesen Bereichen ist das Engagement des Kremls auf den europäischen Märkten mehr als offensichtlich. Tausende Milliarden Dollar die seit den 80er Jahren aus Russland transferiert wurden, waren nicht etwa die illegalen Vermögen der neuen Oligarchen, wie manch einer naiv annahm, sondern das Partei- und Staatskapital, das als Brückenkopf einer wirtschaftlichen Expansion dienen sollte. Geradezu symbolischen Charakter hatte der Kauf des FC Chelsea durch Roman Abramowitsch. Der Hauptakteur des Deals ist genauso ein „Milliardär“, wie jeder beliebige Bankfilialendirektor: er verwaltet ihm anvertrautes Geld. Der Kauf war insofern symbolisch, als dass Abramowitsch (gleich Putin) ohne mit der Wimper zu zucken auch den Buckinghampalast und anschließend auch Königin Elisabeth II. kaufen könnte, wenn ihn nur die Lust dazu befällt.
Polen hatte im 20. Jh. gleich zwei Mal ausgesprochenes Glück: es erlangte 1918 seine Souveränität als Russland, der ewige Besatzer und ständige Gegner der polnischen Staatlichkeit, für einige Jahre praktisch von der politischen Weltkarte verschwand; und es wurde 1989 wiedergeboren, als das Sowjetreich zu zerfallen begann, ähnlich wie das Imperium der Romanows 70 Jahre zuvor zerfiel. Die gute Konjunktur der Jelzin-Ära wurde mangels eines klar gesteckten Plans für die Ostpolitik größtenteils vergeudet. Besonders peinlich war Putins Besuch in Warschau, als Präsident Kwaśniewski sich wie eine alte Frau angesichts eines Märchenprinzen gebärdete. Die gute Zeit ist bei der derzeit erstarkten russischen Wirtschaft vergangen. Polen nimmt in der Politik des Kremls eine immer mehr untergeordnete Rolle ein. Die Republik Polen ist für Russland jedoch weiterhin ein Hindernis, ein Stolperstein auf dem Weg nach Europa. Vor einigen Jahren und gegen Ende der vorangegangenen Amtsperiode skizzierte ein einflussreiches moskauer Magazin angesichts der in Polen anscheinend herrschenden Anarchie und Führungslosigkeit völlig ernsthaft eine Alternative: entweder Polen bleibt wie es ist, oder man Teilt es mit Deutschland unter sich auf. Genau dasselbe Dilemma hatte die moskauer Politik im 18. Jh: die erstere Lösung bevorzugten die Traditionalisten nach Peter dem Großen, die zweite Lösung favorisierten die Modernisten um Katharina II. Polen sollte so oder so, früher wie heute isoliert und entmündigt werden. Władysław Bartoszewski erinnerte in seinem zweiten Interviewband an die zentral gesteuerte Medienkampagne russischer Medien gegen den Beitritt Polens zur NATO (im Frühjahr 1995). Was da für Sachen geschrieben wurden! Man drohte mit einer Wiederholung der geopolitischen Lage aus dem Jahr 1920 oder man schikanierte Polen für seine Undankbarkeit gegenüber dem verlässlichen Partner UdSSR, der fast ein halbes Jahrhundert lang, Polens Sicherheit garantierte.
Gibt es aus polnischer Sicht irgendeine Lösung für diese verworrene Situation? Man muss sich der Methode des Feindes bedienen und auf historische Analogien zurückgreifen. Marschall Piłsudski ersann das Konzept von Pufferstaaten zwischen Warschau und Moskau, um eine zukünftige und unabwendbare sowjetische Aggression aufzuhalten. Diese Pufferstaaten sollten sich aus Selbsterhaltungsinstinkten und gemeinsamen Interessen um Polen scharen. Der unglückliche Verlauf des russischen Bürgerkrieges ließ eine Verwirklichung nicht zu. Optimistisch stimmt einzig die Linie Vilnius – Warschau – Kiew – Tiflis – Baku, die dieses Konzept verwirklicht, einzig in einer an die heutige Realität angepassten Form. In dieser Linie fehlt einzig noch das letzte aber entscheidende Kettenglied – Peking. Doch man darf nicht die Hoffnung verlieren. Im Präsidentenpalast scheint man aus der Geschichte lernen zu können.
Prof. Paweł Wieczorkiewicz Verkürzter Artikel aus dem Magazin “Wprost”
Dziś nie trzeba czołgów, by dokonywać podboju – wystarczą ropa, gaz i banki
Odrzucając kwaśną, a od pewnego czasu miodopłynną retorykę, należy przyjąć, że głównym strategicznym wrogiem ZSRR stały się nie Stany Zjednoczone, ale Chińska Republika Ludowa. Zagrażała Sowietom i zagraża współczesnej Rosji na każdym polu: strategicznym, ściśle wojskowym, politycznym, ekonomicznym i wreszcie demograficznym. Wobec niekontrolowanej chińskiej imigracji za kilkanaście lat może wszak zostać ogłoszona Chińska Republika Nadamurska. Powstrzymanie Chińczyków wymaga uzyskania i podtrzymania zdecydowanej, co najmniej generacyjnej, przewagi technologicznej. Tej Rosja nie ma i zapewne sama w najbliższym czasie jej nie wypracuje.
Pomoc w tym zakresie może znaleźć jedynie w Europie Zachodniej. W tym celu, aby rosyjski żołnierz strzegł dalekowschodniej granicy, wyposażony w niemieckie i francuskie lasery najnowszej generacji, należy obłaskawić unię, która w sensie politycznym powinna dołączyć do Rosji, po drodze oczywiście rozluźniając związki ze Stanami Zjednoczonymi i zrzucając natowski gorset. Innymi słowy, to nie Moskwa ma się integrować z Brukselą, lecz Bruksela z Moskwą.
Ślady tej koncepcji są nader wyraźne w bieżącej polityce rosyjskiej. Dziś nie trzeba czołgów, by dokonywać podboju – wystarczą ropa, gaz i banki. A na wszystkich tych polach osiągnięcia Kremla na rynkach europejskich są więcej niż znaczące. Tysiące miliardów dolarów transferowane z Rosji od końca lat 80. (a może i wcześniej) nie stanowiły nielegalnych majątków nowych oligarchów, jak się to naiwnie wielu wydawało, ale kapitał partyjny i państwowy, stanowiący przyczółki ekonomicznej ekspansji. Wręcz symboliczny charakter miał tu zakup klubu Chelsea przez Romana Abramowicza. Bohater transakcji jest takim samym „miliarderem" jak dyrektor oddziału jakiegoś banku: obraca powierzonymi pieniędzmi. Sprawa Chelsea miała charakter wręcz symboliczny. Kupno klubu oznaczało bowiem, że jeśli Abramowicz (czytaj – Putin) będzie miał tylko taką fantazję, bez drgnienia powieki wykupi pałac Buckingham, a następnie Elżbietę II z całą rodziną.
Polska w wieku XX miała dwukrotnie wyjątkowe szczęście: powstała w roku 1918, gdy zawsze zaborcza i wroga polskiej państwowości Rosja praktycznie znikła na parę lat z mapy politycznej świata, zaś odrodziła się w 1989 r., kiedy to Związek Sowiecki zaczynał swój rozpad, podobnie jak imperium Romanowów 70 lat wcześniej. Dobra koniunktura za rządów Jelcyna w znacznej mierze została zmarnowana przez brak jasno wytyczonego programu polityki wschodniej. Szczególnie żenująca była wizyta prezydenta Putina w Warszawie, podczas której Aleksander Kwaśniewski krygował się niczym podstarzała panna na wydaniu wobec księcia z bajki. Obecnie, wobec skokowego wzrostu rosyjskiej potęgi, dobry czas już minął. Polska w polityce Kremla coraz bardziej traci podmiotowy charakter. Rzeczypospolita jest zatem nadal dla Rosji przeszkodą, zawadą w drodze do Europy. Kilka lat temu, badaj u schyłku poprzedniej prezydentury, jeden z wpływowych moskiewskich periodyków, pisząc o polskiej anarchii i bezrządzie, zupełnie serio postawił alternatywę: pozostawienie Rzeczypospolitej w takim stanie lub jej rozbiór wespół z Niemcami. Taki sam dokładnie dylemat miała polityka moskiewska w wieku XVIII: za pierwszym rozwiązaniem opowiadali się tradycjonaliści ze szkoły Piotra Wielkiego, za drugim zaś – moderniści Katarzyny II. Tak czy inaczej Polskę trzeba było wtedy i trzeba teraz odizolować i ubezwłasnowolnić. Władysław Bartoszewski przypomniał w drugim tomie swojego wywiadu zorkiestrowaną akcję podjętą przez rosyjskie media przeciwko przystąpieniu Polski do NATO (wiosną 1995 r.). Czegóż tam nie wypisywano! Grożono powtórzeniem sytuacji geopolitycznej z roku 1920 (nikomu niepotrzebnej wojny) lub odwoływano się do niewdzięczności Polaków, którym niezawodny sojusznik, czyli ZSRR, przez prawie pół wieku gwarantował bezpieczeństwo państwowe.
Czy z polskiego punktu widzenia jest jakiekolwiek dobre wyjście z tej matni? Trzeba się posłużyć metodą wroga i sięgnąć do historycznych analogii. Marszałek Piłsudski, aby powstrzymać przyszłą, nieuchronną sowiecką agresję, stworzył koncepcję limitrofów – państw położonych między Warszawą a Moskwą, którym wspólny interes i instynkt samozachowawczy nakaże się skupić wokół Polski. Nieszczęśliwy bieg rosyjskiej wojny domowej spowodował, że nie dało się jej zrealizować. Nieśmiałym optymizmem z gatunku déjà vu napawa linia Wilno – Warszawa – Kijów – Tbilisi – Baku, stanowiąca realizację tej idei, tyle że dostosowanej do współczesnych realiów. Brakuje w niej na razie ostatniego, bodaj kluczowego ogniwa – Pekinu. Ale nie traćmy nadziei. Historię potrafią, jak widać, czytać przynajmniej w Pałacu Prezydenckim.
Prof. Paweł Wieczorkiewicz Skrót artykułu z tygodnika “Wprost”